Wspomnienia Ankieterki

 

Z okazji obchodów 100-lecia Głównego Urzędu Statystycznego chciałabym podzielić się wspomnieniami z pracy, które zaważyły na moim dalszym życiu. 

Jestem ankieterką, pracę w statystyce rozpoczęłam w 2002 r. Mieszkam w małym mieście i w związku z tym terenem mojej pracy są  obszary małomiasteczkowe i wiejskie. Gdy rozpoczęłam moją zawodową przygodę ze statystyką w kraju panowało ogromne bezrobocie, które szczególnie dotknęło tereny popegeerowskie. Jednej z takich właśnie wsi przeprowadzałam Badania Budżetów Gospodarstw Domowych. Po pierwszych wizytach uderzyła mnie straszna bieda i beznadzieja. Ludzie, którzy za czasów istnienia PGR–ów opływali w dostatki prawie z dnia na dzień zostali bez pracy, żyli z zasiłków, w wielu przypadkach kobiety siedziały bezczynnie w domu, mężczyźni po zorganizowaniu paru złotych - pod sklepem. Pili tanie wino. Bywało, że przywoziłam dzieciom cukierki i serce się krajało, gdy widziałam jak maluchy wpierw oglądały słodycze ,,jakby jedząc je oczami”, a dopiero później nieśmiało brały łakocie do buzi. W takiej właśnie wsi przeprowadzałam badanie w rodzinie pani Teresy, ta prosta, niewykształcona kobieta matka trzech synów i żona alkoholika o wielkim dobrym sercu zapadła mi w pamięć na całe życie. Nauczyła mnie pokory i szacunku do wszystkiego, co mam. To dzięki niej przewartościowałam swoje życie. Właśnie o niej chciałabym napisać to wspomnienie. Najmłodszy syn, Piotr, urodził się niepełnosprawny, w czasie ciąży jego mama przeżyła wybuch butli gazowej.  Dziecko przeżyło, ale było opóźnione w rozwoju i nie rosło. W wieku 16 lat miał wzrost 8-letniego chłopca. Rodzina żyła tylko z zasiłku rodzinnego i dorywczej pracy sezonowej matki np. podczas zbierania kamieni na polach. Dopiero gdy zajechałam tam po roku Piotr otrzymał rentę socjalną i mimo iż nie była to duża kwota rodzina najwyraźniej odczuła ulgę. Minimalnie poprawiły się ich warunki życia. Wracając do mojej bohaterki, każdego tygodnia w poniedziałek autobusem wiozła do miasta swojego chorego syna, skąd busem jechał do innej miejscowości, do ośrodka dla niepełnosprawnych. W każdy piątek matka znów autobusem jechała po syna by na weekend zabrać go do domu. Gdy nadszedł czas odbioru książeczki budżetowej pani Teresa zaproponowała, że skoro i tak przyjeżdża do mojego miasta po syna to przywiezie mi książeczkę i nie będę musiała po nią jechać. Kilka minut przed przyjazdem autobusu czekałam na przystanku i koło samochodu paliłam papierosa, po chwili autobus nadjechał podeszła moja respondentka i nieśmiało poprosiła mnie żebym poczęstowała ją papierosem. Ja chcąc odwdzięczyć się za przywiezienie mi książeczki zaproponowałam, że w pobliskim sklepie kupię jej paczkę papierosów (była palaczką, choć nie zawsze mogła sobie pozwolić na kupno nawet najtańszych papierosów). Odmówiła,  ale poprosiła o kupno drożdżówki dla syna, który zawsze liczył, że po powrocie z ośrodka mama będzie miała dla niego coś słodkiego. Nie mogła nic kupić, miała tylko pieniądze na bilet powrotny do domu. Ta sytuacja otworzyła mi oczy na moje dobre, szczęśliwe życie. Ta prosta mądra dobra kobieta pokazała mi, że powinnam doceniać to co mam: rodzinę, pracę,  dom. Jeszcze kilka razy spotkałam panią Teresę, gdy poprosiła zawiozłam jej synowi ubrania po moich dzieciach, gdy koleżanka miała damskie ubrania pasujące na tą drobniutką kobietę, również zawiozłam. Radość tej biednej kobiety z podarku, który był przeznaczony tylko i wyłącznie dla niej, zapamiętam do końca życia.

W mojej przeszło szesnastoletniej pracy widziałam też zmiany. Dzieci tych ogarniętych beznadzieją ludzi dorastały i wyjeżdżały za granicę szukać lepszego bytu. Nigdy nie zapomnę młodej mamy, która z wypiekami na twarzy opowiadała mi o cudownie uratowanym synku, któremu podczas porodu uszkodzono śledzionę i ku zaskoczeniu lekarzy noworodek przeżył operację. Ta sama kobieta będąc w następnej ciąży z bliźniaczkami musiała walczyć  z bezduszną urzędniczką z ZUS –u  która mimo dowodów kwestionowała jej prawo do zasiłku chorobowego w czasie ciąży. Mimo upływu kilku lat nadal w święta otrzymuję od niej SMS –y z życzeniami. 

W oddalonej o kilkanaście kilometrów wiosce mieszka moja przeszło osiemdziesięcioletnia respondentka, która w każdą Wigilię dzwoni do mnie z życzeniami. Za kilka dni znów jadę w teren do kobiety, która wita mnie w drzwiach z gromadą kotów i wielkim czarnym labradorem. Pies za każdym razem pakuje swój wielki łeb na moje kolana domagając się głaskania, a pani mówi do niego: „No widzisz, Ralf, przecież mówiłam ci, że pani Ala przyjedzie”. Takie przykłady jak te, które opisałam nadają sens mojej pracy  i sprawiają, że wyruszam w teren z takim samym zapałem jak na początku mojej zawodowej drogi. 

Oczywiście praca w terenie to  nie tylko tak kochani i życzliwi ludzie. Jako anegdotę przytoczę przykład rodziny sprzed kilku lat. W domu zastałam matkę z nastoletnią córką. Wytłumaczyłam na czym polega współpraca, umówiłam się na następną wizytę. W połowie drogi powrotnej do domu  dzwoni do mnie mąż kobiety z awanturą. Mówił, że żona nie będzie pisać żadnych książeczek, a on może na mnie donieść na policję. Nie słuchając moich wyjaśnień zakończył rozmowę słowami: ,, a pani zamiast po ludziach jeździć niech się lepiej weźmie za jakąś pracę”. 

Mimo iż czasami ze zmęczenia padam z nóg, to moi respondenci wynagradzają mi wszystkie niedogodności. Kontakt z  ludźmi,  do których cały czas podchodzę bardzo emocjonalnie jest dla mnie w tej pracy najważniejszy. 

 

Alicja Modrak – ankieterka 

 

Copyright © 2018 Główny Urząd Statystyczny